Ukraina

 

 

Kartki z podróży po Ukrainie

Taki piękny początek jesieni i mamy siedzieć w domu ? NIE. Po powrocie z wakacyjnego zwiedzania Roztoczy w ciągu kilu dni przepakowujemy się i ruszamy w drogę. Plan niezbyt ambitny. Do pierwszych opadów śniegu chcemy zwiedzać zachodnią Ukrainę, a szczególnie Podole.

Przez Beskid Śląski, Pieniny i Bieszczady, 14 września 2011 roku po południu, meldujemy się na przejściu granicznym w Krościenku. Przed szlabanem kilka ukraińskich samochodów. Czujny polski strażnik przy szlabanie pyta ile ważymy, bo tu ciężarówek nie odprawiają. Mówię , że do 3,5 tony i wjeżdżamy na przejście.

Najpierw kapral SG, smutny jak mumia egipska, sprawdza paszporty. O rany ! Czy tych ludzi nikt nie uczy odrobiny uśmiechu ? Potem dokumenty lądują w rękach polskiego celnika. 15 minut nic. Dzwoni mój syn. Stoję koło budki celników i w czasie rozmowy telefonicznej mówię głośno, że chyba nasi celnicy zarazili się lenistwem od ukraińskich, ale zaraz zadzwonię na 0800…., aby ich popędzili. Akurat stałem koło informacji o możliwości telefonicznego zgłaszania nieprawidłowości pracy urzędu celnego. Kończę rozmowę telefoniczną, otwiera się okienko celnika. Jakaś ręka oddaje mi dokumenty i słyszę: dziękuję, można jechać. Ufff. Jak to dobrze, że od lat jestem propagatorem tezy – sam jestem w porządku i umiem egzekwować swoje prawa wobec urzędników wszelakich.

No, ale teraz czas na stronę ukraińską. Paszporty, nie wypełniamy już karteczek wizowych, strażnik ukraiński sam sobie coś klepie do komputera i po chwili podchodzi funkcjonariusz „mitnej służby” czyli celnik. Dokumenty samochodu, zielona karta. Podchodzę do ich budki i słyszę: „k……. jak mam wpisać samochód specjalny, kempingowy skoro w komputerze nie mam takiej opcji ?” Nieśmiało podpowiadam, -może nazywa się „auto dom”?. Nie. Celnik pyta, czy już przekraczałem tym samochodem ich granicę ? Nie. W tym momencie dowiaduje się, że akurat na granicy trwa kontrola z Kijowa i wszyscy pracują wzorcowo. Po chwili wychodzi celnik i fotografuje kampera z każdej strony i jedna fotka wnętrza. Za moment dostaję kwit „unifikowana mitnaja kwitancja” i mam zapłacić w okienku bankowym 10 hrywien 88 kopiejek albo 1 EUR. Głośno wyrażam swoje niezadowolenie, koledzy jeżdżą kamperami na Ukrainę ale nikt za nic nie płaci. Podchodzi do mnie jakiś kontroler w kolorowym mundurze i mówi, że to za specjalną odprawę, bo nie mają takiej rubryki w komputerze. No tak, pewno zakwalifikowali nas do kategorii UFO. Ciekawe co powiedzą niemieccy kamperowcy jadący za rok na Euro 2012 ?

No dobra, idę do okienka bankowego z 1 EUR w zębach. Panienka do mnie, że metalowych euro nie przyjmują, tylko papierowe. Mogą być złote, dolary i hrywny – byle papierowe. Kurna…skąd ja jej wezmę papierową jednoeurówkę ???? Jeszcze takich nie produkują !!! Wracam, biorę z kampera 11 hrywien papierowych. Panienka do mnie – dobrze, ale jeszcze 10 hrywien opłat bankowych. Myślałem, że ją uduszę. Jeszcze jeden spacer i wyjeżdżamy z przejścia. W sumie trwało wszystko 2 godziny.

W międzyczasie dowiedziałem się od ukraińskiego kierowcy, żeby nie próbować jechać prosto z granicy do Sambira, gdyż ta droga jest tylko na mapie!!! W realu jej już nie ma. Trzeba jechać objazdem przez Stary Sambir.

Jedziemy więc sobie slalomem, pomiędzy dziurami w drodze.

 

Nasz pierwszy nocleg za starym Sambirem
fot. Nasz pierwszy nocleg za starym Sambirem

 

Nie byliśmy na Ukrainie już ze 4 lata. Myślałem naiwnie, że drogi będą ok. Na razie PORAŻKA !!! Nie ma szans na zaplanowany dojazd do Truskawiec. Gdy się ściemnia, skręcamy z drogi, do jakiejś małej wioski (Torhanorychi). Znajdujemy jakieś szersze miejsce przy wiejskiej drodze. Pytam mieszkających tam ludzi, czy można przy ich ogrodzeniu przenocować ? Nie ma problemu. Tylko to ich pytanie ! Co będziecie rano sprzedawać ?

O rany, czy wyglądamy jak obwoźna sprzedaż. Załamka. Idziemy spać. Rano śniadanie i ruszamy dalej. Z jakością drogi jest jeszcze gorzej. Rozumiem, że czasami trzeba omijając dziury, ale są odcinki, że trzeba wybierać …… te mniejsze dziury. Bo dziury w jezdni są wszędzie. Taki właśnie jest odcinek z Sambira do Drohobycza.

Miasto Drohobycz. Jeszcze mała uwaga. Celem naszego wyjazdu jest zobaczyć Ukrainę taką, jaką ona jest obecnie. Czyli skoro nie ma w mieście informacji turystycznej, kierujemy swoje kroki do Ratusza.

Pan Cieć kieruje nas do wydziału turystyki, sportu i czegoś tam jeszcze. Mówimy, że my turyści z Polski. Dostajemy foldery po polsku. Super, tylko … są tam ponumerowane opisy najciekawszych zabytków w mieście, plan miasta i ….nie wiadomo gdzie, co się znajduje! Wrrrrrrrr.

Nie mniej, wybieramy dla siebie kilka rzeczy do obkukania i pytamy przechodniów, gdzie co się znajduje. Potem na Rynku łapiemy free WiFi i szybka lekcja kto to był Bruno Schulz skoro Drohobycz jawi się jako jego miasto?!

 

Drohobycz rynek
Drohobycz dom Bruno Schulza
fot. Drohobycz – rynek fot. Drohobycz – dom Bruno Schulza

 

Mówi się, że podróże kształcą. Po stokroć racja. Już poznaliśmy życiorys Schulza, a po powrocie warto coś jego autorstwa przeczytać. Wtedy zapewne będziemy mieli pełniejszy obraz tego regionu. Ot, choćby schulzowa „Ulica Krokodyli” w Drohobyczu. Dom, w którym mieszkał Bruno.

Kolejny nasz punkt, który miesza naszymi uczuciami, to nowo postawiony w parku pomnik Stephana Bandery. Wymieniony zresztą w polskim folderze turystycznym ! Na końcu mała ciekawostka, pomnik drohobyczanina, który uczył w Bolonii naszego Kopernika.

I jedziemy do oddalonych o kilka kilometrów Truskawiec. Uzdrowiska, które powstało w XIX wieku, gdy podczas „gorączki ropy naftowej” dokonano odwiertów kilku wód mineralnych.

W parku uzdrowiskowym dużo kuracjuszy. Duża pijalnia. Woda mineralna o nazwie „Naftusia”. I jak na naftusie przystało śmierdzi, to znaczy …….. ma leczniczy aromat, tak na oko 50% roztworu euro diesla.

Ale dobiła mnie tablica w języku polskim, zawieszona w pijalni, z nieudolnie przetłumaczonym opisem właściwości naftusi. Dosłowny cytat: … „poprzedza choroby oncologiczne…”. Super, a ja wlałem w siebie z 200 ml tego specyfiku. Czuje się coraz gorzej…

Droga do Lwowa
fot. Droga do Lwowa

 

Parkujemy koło miejscowej policji drogowej i idziemy spać. Jutro kierunek Lwów.

W końcu miła niespodzianka. Dojeżdżamy do drogi E471, czyli prowadzącej ze Lwowa w kierunku Mukaczewa. To naprawdę dobra droga. Koniec z dziurami i innymi niespodziankami. Miejscami to nawet porządna dwupasmowa arteria. Po drodze spotykamy, na rogatkach miast, nieczynne już posterunki policji drogowej.

Wjeżdżamy do Lwowa. Miejscami korki, jak w Krakowie. Za moment mamy pierwsze socjologiczne odkrycie. Komórkowe szaleństwo !!! Większość kierowców albo pieszych albo rozmawia przez komórkę, albo ją wyciąga albo kończy rozmowę. No może trochę przejaskrawiam, ale nasze „badania statystyczne” wskazują, że co 5 kierowca rozmawia przez telefon. Wiemy, że miejscowy kodeks drogowy tego zabrania !!!

Skąd to zjawisko ? Sami kupiliśmy w salonie telefonicznym, za 25 hrywien, kartę Kyivstara. 10 hrywien do przegadania. W sieci Kyivstar 50 minut dziennie jest za darmo. No to wiele tłumaczy – trzeba te minuty wygadać. Rozmowy z Europą, w tym Polską to 2 hrywny (80 groszy) za minutę od 20.00 do 8.00. Potem 3,20 hrywny. Za 7 hrywien dziennie można mieć do wykorzystania aż 700 MB danych z internetu w ciągu doby. Aktywacja tej usługi jest jednodobowa.

Czyli żegnaj roamingu !!!

Wracamy na ziemię. Ulice we Lwowie to słynna kostka. W koszmarnym stanie. Trzeba przyznać, że w obrębie samego centrum jest ok. Ale tam korzystanie z roweru nie ma sensu. Wszystko jest bardzo blisko. Natomiast ulice z torami tramwajowymi są koszmarne. Żałowałem, że zabrałem rowery trekkingowe, zamiast górali.

Zostawiamy kampera koło domu przyjaciół i pierwsze 2 dni poświęcamy na spotkania towarzyskie ze znajomymi. Potem ruszamy w miasto. Najpierw klasycznie. Pomnik Mickiewicza. prospekt Swobody, opera, katedra lwowska i kaplica Boimów.

 

Prospekt Swobody
Opera
fot. Prospekt Swobody fot. Opera

 

Tam wszędzie polscy turyści indywidualni i zbiorowe wycieczki. Wstęp do kaplicy 5 hrywien, czyli 2 złote. Naprawdę warto. Na prospekcie biorę udział w pikiecie, w sprawie odwołania ichniejszego ministra oświaty. Podsuwają mi listę zbiorową do podpisu. Pytam, Polak może ? Oczywiście, że może ! Super, to jest demokracja, odwołać ministra z obcego kraju!

Na koniec wyprawa na wieżę ratuszową. Za 5 hrywien wspaniała panorama miasta. Jednak od jutra będzie inaczej. Będę wybierał inne rzeczy do zwiedzania. Coś mi bowiem podpowiada, że zaczynam chodzić tam, gdzie zaleca POLSKI przewodnik. Może spojrzeć jednak, na Lwów od innej strony ?

Tak będzie od jutra.

Na dzisiejszy dzień wybieram muzeum historyczne, a konkretnie ekspozycje o emigracji ukraińskiej i historii miasta w XIX i XX wieku. Spacerując w sobotni dzień po lwowskim Rynku, trudno nie zauważyć kilkunastu par nowożeńców, którzy przybywają tu na sesje foto-video. Trzeba przyznać, że jest tu sporo plenerów, gdzie można wykonać ciekawe zdjęcia. Ten Rynek w całości, a nawet każda kamieniczka z osobna, ma w sobie to „coś”. Po prostu są perełkami architektury, a do tego każdy dom ma tutaj swoją ciekawą historię.

 

Zorganizowana kolumna kilku kamperów
fot. Zorganizowana kolumna kilku kamperów


W niedzielę piękna, słoneczna pogoda. Zostaliśmy zaproszeni na loty paralotniowe, w małe górki Parku Narodowego Beskidów Skolskich. Po drodze wyprzedzamy zorganizowaną kolumnę kamperów, głównie niemieckich, wracających gdzieś ze wschodu.

W ostatnich latach modne są takie miesięczne wyprawy z Niemiec, poprzez nasze wybrzeże, Litwę, Łotwę i Estonię do Sankt Petersburga, a powrót przez Białoruś lub Ukrainę.

W dzień kolejny ruszamy po Lwowie, zwyczajowo swoimi drogami. Najpierw w towarzystwie zaprzyjaźnionego docenta politechniki lwowskiej idziemy do tej uczelni. Duże wrażenie robi portyk głównego wejścia. Potem stop – ochroniarz zabrania robienia zdjęć wewnątrz budynku. Rektor zakazał. Trochę mnie to ubawiło. Zauważyłem jednak, że wielu studentów lekceważy ten zakaz i strzela fotki aparatami telefonicznymi. Więc i ja „z przyczajki”, jak to mówił mój kompan, dokonywałem stosownej dokumentacji. Klatka schodowa – imponująca. Ale największe wrażenie zrobiła na mnie, niedostępna niestety dla osób postronnych, sala posiedzeń senatu. Powiem tylko, że malowidła ścienne, umieszczone pod sufitem, wykonywali uczniowie Jana Matejki. Tyle o sztuce. Teraz coś z historii obu narodów. Otóż w okresie międzywojennym, Ukraińcy mogli zostać studentami tej uczelni pod warunkiem, że byli katolikami lub zobowiązali się do zmiany wyznania i przyjęcia obywatelstwa polskiego. No ale czasy się zmieniły i teraz wokół miejscowej akademii medycznej słychać bardzo często polskie rozmowy. Ale to już z przyczyn ekonomicznych. Roku studiów na wydziale lekarskim kosztuje we Lwowie 12 tysięcy złotych. W Polsce tysięcy dwadzieścia. Kolejny punkt zapalny to honorowe doktoraty uniwersytetu lwowskiego. Listę otwiera, w roku 1912 Maria Skłodowska i do 1939 roku nie doznał tego zaszczytu żaden uczony narodowości ukraińskiej.

Według materiałów jakie otrzymałem (nota bene jest tu sporo bezpłatnych przewodników w języku polskim) w miejskiej informacji turystycznej – we Lwowie jest 49 muzeów !!!

Kolejny dzień zwiedzania Lwowa swoimi drogami. Jeśli już o drogach mowa, to sporo ulic we Lwowie jest pozamykanych i remontowanych. Cieszy to. Poza tym widać, że remonty są dość kompleksowe, łącznie z podziemnymi mediami. To chyba ma związek z przygotowaniami do „zawodów piłkarskich”. Ale wracajmy na szlak. Najpierw spacer w okolicach cerkwi świętego Andrzeja, a potem zupełna perełka. Jeśli ktoś choć trochę jest wrażliwy na wielką sztukę, to powinien odwiedzić muzeum albo raczej galerię rzeźby, ukraińskiego artysty . Mieści się ona w dawnym kościele Klarysek. Dość powiedzieć, że zachowane, a tak naprawdę to odnalezione na wysypisku śmieci rzeźby, były już eksponowane, między innymi w Luwrze. No, tam raczej byle czego się nie wystawia. Dla mnie była to uczta dla oka. Potem spacerkiem na cmentarz Łyczakowski i moje „odkrycie”, że nie jest to cmentarz, jak to się często słyszy – polski, ale polsko – ukraiński. Są tam też groby Rosjan, Ormian i wielu innych narodowości. Ze zdziwieniem słuchałem wypowiedzi dwóch, przypadkowo spotkanych na cmentarzu, polskich osiemdziesięciolatków, którzy przed laty mieszkali we Lwowie. Na cmentarzu odwiedziliśmy groby Ordona, Banacha i Marii Konopnickiej.

Zapomniałem jeszcze dodać trochę praktycznych danych. Wstęp do muzeum historycznego 5 hrywien. Tyle samo do galerii Pinzela. Wejście na cmentarz Łyczakowski to wydatek 10 hrywien. Tyle samo kosztuje wstęp do Muzeum Ludowego Budownictwa.. Muzeum położone jest nieopodal Łyczakowa i warto go zwiedzić – jeśli ktoś oczywiście lubi klimaty wiejskich chat, cerkwi, zabudowań gospodarczych, czy też dworków. Wszystkie z zachodniej Ukrainy. Tylko mam tu dwie uwagi. Teren muzeum jest bardzo obszerny i na zwiedzanie trzeba przeznaczyć ze 3-4 godziny. Ponadto w poniedziałki i wtorki wszystkie obiekty muzealne są zamknięte i można je zwiedzać tylko z zewnątrz !!! Oczywiście przy nie zmienionej cenie biletów.

Kolejny słoneczny dzień we Lwowie. Ależ piękny wrzesień tego roku! Śniadanie, poranna kawa i w miasto. Na pierwszy ogień idzie muzeum historii religii. Aha, zaczynamy coraz lepiej czuć się we Lwowie na rowerach. Trzeba tylko egzekwować swoje prawa. Poza tym, w samym centrum samochody stoją w korkach, więc wystarczy je tylko omijać. Muzeum religii, wstęp 10 hrywien. Lokalizacja w dużym kompleksie byłego kościoła Dominikanów. Przedstawione tu są wszystkie większe religie występujące we Lwowie. Nie tylko to. Wtajemniczeni mogą zobaczyć, że ten wybudowany w połowie XVIII wieku kościół Bożego Ciała i jednocześnie klasztor dominikański, zawiera „w sobie” starszą cerkwię prawosławną. Moim zdaniem, to typowa dla tych terenów „reinkarnacja” – zamienianie kościołów katolickich na cerkwie, a cerkwie na kościoły. Na placu, przed muzeum, pomnik naszego (?) Nikifora. Nie wiedziałem, że miał on związki z Ukrainą?

 

Pomnik Nikifora
fot. Pomnik Nikifora

 

Szukam internetu. Oj, we Lwowie nie mamy łatwego zadania. Albo lokal, konsumpcja i hasło dostępu. Albo jedno, jedyne miejsce na Rynku z dostępem free. Idziemy więc Rynek. Próbujemy lwowskich precli (5-6 hrywien), moim zdaniem…takich sobie. Dowiedziałem się też, że w podziemiach kamienicy numer 14, znajduje się lokal o nazwie „Kryjówka” (ukr. Kryiwka), stylizowany na bunkier UPA. Ale to nie wszystko. Jak na każdą przyzwoitą kryjówkę przystało, brak jest jakichkolwiek informacji wizualnych o tym lokalu. Trzeba wiedzieć „od swoich” o jego istnieniu. Trzeba zapukać do drewnianych, starych drzwi, w bramie kamienicy. Otworzy nam wielki drab, z automatem i zapyta w prostych, żołnierskich słowach – CZEGO ? Należy powiedzieć dokładnie te słowa: SŁAWA UKRAINIE!. Odpowie: I JEJ GIEROJOM.

 

Bar
fot. Bar „Kryjówka” i jeden z jego gości

 

Wtedy nas wpuści do wnętrza. Jest tam kilka pomieszczeń piwnicznych, na ścianach pamiątki z czasów wojny. Menu jak w normalnej restauracji. Natomiast porządku pilnuje kilku facetów z pistoletami w rękach, którzy kierują gości do wolnych stolików. Dodatkowe atrakcje to: czasami obsługa oddaje strzał z broni ręcznej, nabojem ślepym, co w tych pomieszczeniach daje odgłos jak wystrzał armatni i można oblać się ze strachu gorącą kawą. Po drugie, można przebrać się niczym żołnierz UPA, wybrać sobie dowolną broń palną i zrobić zdjęcie. Zamieszczam takie zdjęcia żołdaka – podobieństwo do jakichkolwiek znanych Wam osób jest niezamierzone i niestosowne !!!

Po kawie i ciepłych, słodkich bułeczkach, wracamy do rzeczywistości. Zwiedzamy cerkiew Bogurodzicy z XIV wieku. Kościół ormiański. Patrzymy przez chwilę na polskie wycieczki, które moim zdaniem zachowują się jak wycieczki niemieckie we Wrocławiu. Kolejne kroki kierujemy do pałacu Potockich. Jest tam obecnie galeria obrazów (wstęp 10 hrywien) i muzeum wnętrz (kolejne 10 ). Moim zdaniem pałac ten jest prawdziwą perełką architektury we Lwowie. Na koniec dnia idę do małego i „młodego” muzeum, mieszczącego się w dawnej siedzibie gestapo i NKWD. No może nie tylko. Kompleks budynków wybudowali pod koniec XIX wieku Polacy. Służył jako areszt śledczy, najpierw żandarmerii, potem polskiej „dwójce” i policji. Cele, pokoje przesłuchań itd. Pikanterii temu miejscu dodaje fakt, że górne piętra kompleksu są nadal wykorzystywane jako areszt śledczy służb specjalnych Ukrainy. Dochodzą „z góry” różne dziwne odgłosy. Natomiast samo muzeum zostanie prawdopodobnie niedługo zlikwidowane, gdyż potrzeba nowych cel do osadzania (?!) Tak twierdziły osoby z obsługi. Natomiast dużą frajdę miałem z długiej rozmowy, przeprowadzonej z jedną z osób oprowadzających. Jak pracowała przedwojenna polska policja, jaki jest stan badań naukowych o stosunkach polsko-ukraińskich itd., itp. To była lekcja historii, a nie propagandy. Zaczynam mieć coraz więcej informacji wieloźródłowych o stosunkach między naszymi narodami. To mnie cieszy.

Tymczasem minął tydzień naszego pobytu we Lwowie. Wieczorem żegnamy się ze znajomymi i jutro ruszamy w kierunku ….. złotej podkowy.

Nie napisałem nic o miejscach postojowych we Lwowie ale z obserwacji i rozmów wiem, że na planie miasta są oznaczone parkingi płatne, strzeżone. Praktycznie na każdym z tych parkingów możemy postawić kampera na dni kilka, za opłatą 10 złotych (25 hrywien) za dobę.

Wyjeżdżamy ze Lwowa w kierunku Kijowa.

Za miastem szok ! Droga robi się prosta, równa, aż przyjemnie jechać. Po kilkudziesięciu kilometrach, na widnokręgu widać samotne wzgórze, a na nim kamienny zamek – Olesko.

 

Droga ze Lwowa do Kijowa
Olesko zamek na wzgórzu
fot. Droga ze Lwowa do Kijowa fot. Olesko – zamek na wzgórzu

 

To tu urodzili się nasi królowie: Jan III Sobieski i Michał Wiśniowiecki. I to chyba jedyny fakt o tym miejscu, który nie różni się w źródłach polskich i ukraińskich . Na przyzamkowym straganie kupujemy książkę o wędrówkach historycznych po zamkach zachodniej Ukrainy i ……… aż boje się jechać dalej. Tyle tu widzę rozbieżności historycznych w porównaniu z przewodnikiem polskiego pascala. Ale najpierw pytamy o spokojne miejsce na postawienie kampera. Jest takie niedaleko zamku, na łące, z możliwością zatankowania wody. Okolica wydaje się spokojna, więc ok. zostajemy tu na noc. Wieczorem spacer po Olesku. Mała mieścina, z ciekawą cerkwią z XVI wieku, która oczywiście kiedyś była kościołem katolickim. Ale nie to jest ciekawe. Ciekawa jest potężna dzwonnica. No tak, cerkiew miała przed laty charakter obronny. Wiem już, że nie jest to nic dziwnego na terenach Ukrainy. Warowne miasta, zamki, dworki a nawet synagogi (!) Wszystko to miało przeciwstawić się hordom tatarskim, które wielokrotnie nawiedzały te tereny. Tyle teorii. Rano na zamek. Wstęp zwyczajowo 10 UAH. Prawdę mówiąc, mogło by być ciekawiej. W końcu w zamkniętym dla zwiedzania, nieczynnym klasztorze kapucynów, który zlokalizowany jest na przeciwko zamku, znajduje się największy na Ukrainie magazyn dzieł sztuki.

Kolejny nasz cel to Brody, Ale po drodze widzimy monumentalne dzieło sztuki radzieckiej. Żarty żartami, ale robi wrażenie. Konie niczym zawieszone w powietrzu. Pomnik poświęcony jest kawalerii Budionnego z 1920 roku. Tak, tej kawalerii z „cudu nad Wisłą”.

Brody. Przed wojną nieoficjalna stolica wschodnioeuropejskich żydów. Obecnie miasteczko powiatowe z ciekawym muzeum historycznym. Wstęp 3 UAH, czyli złoty dwadzieścia od osoby. Obsługa, to młodzi ludzie, którzy z dużą wiedzą i zaangażowaniem opowiadają o historii ziemi brodeckiej. Potem spacer po parku, pałacu Potockich i kazamatach XVII wiecznej twierdzy. Na koniec rzut okiem na ruiny wielkiej synagogi. No tak, przed wojną 70% mieszkańców miasteczka było „jewrejcami”. Na koniec mała ciekawostka. W 1944 roku okolice Brod były miejscem bitwy ukraińskiej dywizji SS „Hałyczyna” z radzieckim korpusem, który składał się z ukraińskich żołnierzy. Przypadek ??? Poległych było kilka tysięcy.

Ciężko tu z internetem. Jutro ruszamy dalej.

Nim wyjechaliśmy z Brod (Brodów?) dowiedzieliśmy się o dwóch ciekawostkach. Na głównym placu miasta jest budynek, gdzie siedzibę ma policja. Budynek został zbudowany w 1911 roku i mieścił się w nim bank. Bank, w którym pomieszczenie z głównym sejfem było codziennie zalewane wodą. Takie zabezpieczenie przed włamaniem. Po 1990 roku, gdy wykonywano remont budynku, nie udało się ustalić skąd pobierana jest woda do zalewania i gdzie jest wypuszczana. Druga ciekawostka, to XIX wieczny cmentarz żydowski. Ponad dwutysięczny las nagrobków (maceb) wygląda imponująco.

Potem jedziemy do Podhorców. Bo:
1. Jest tu jedna z najwspanialszych rezydencji magnackich Rzeczypospolitej,
2. Odbywały się tu wielotygodniowe, szlacheckie bale zwolenników „liberum veto”. Zamek, gdy jego właścicielami byli Rzewuscy, posiadał swoje wojsko, teatr, orkiestrę i drukarnię.
3. W okolicy nie brakuje innych zabytków historycznych.

 

Podhorce polska magnacka rezydencja
fot. Podhorce – polska magnacka rezydencja

 

Zamek Koniecpolskich w Podhorcach został wybudowany w pierwszej połowie XVII wieku przez hetmana Stanisława Koniecpolskiego. Obecnie zamek jest częściowo udostępniony do zwiedzania. Może to na wyrost powiedziane – zwiedzanie, ale w ten sposób zbierane są fundusze na dalsze zabezpieczanie tej perełki polskiej architektury. To dobry znak. Wstęp do piwnic zamkowych, na tarasy i wystawę fotograficzną to koszt 9 hrywien. Jednak Podhorce to nie tylko pałac. To pewien kompleks istniejących jeszcze obecnie obiektów. Duża i stara karczma szlachecka zwana również Zajazdem Hetmańskim. Wybudowana w XVIII wieku, była przeznaczona dla licznych gości pałacowych i ich służby. Kościół przyzamkowy z połowy XVIII wieku, kolumny z rzeźbami kamiennymi. Spacer wokół tych zabytków, w promieniach jesiennego słońca, to magiczne chwile dla każdego turysty.

Dwa kilometry, na południe od Podhorców znajduje się klasztor bazylianów. Jedyny zachowany do czasów współczesnych obiekt z dużego miasta Pleśnisko. Miasta, które istniało na tym terenie od VI do XIII wieku. Miałem szczęście. Trafiłem tam na miłego archeologa, który oprowadził mnie po mini wykopaliskach. Powiedział też gdzie są rozmieszczone obwarowania miasta. W sumie w Podhorcach spędziliśmy 2 dni. W tym sporo czasu na rozmowach z mieszkańcami.

Z Podhorców ruszyliśmy w stronę Złoczowa, drogą niższej kategorii, ale jakości niczego sobie. Dwadzieścia kilka kilometrów i jesteśmy w trzecim mieście, z tak zwanego w Polsce „złotego trójkąta zamków kresowych” (Olesko, Podhorce i Złoczów).

Podróżujemy po Ukrainie już ponad 2 tygodnie. Żadnych problemów z policją. Innych zagrożeń też nie dostrzegliśmy. W porównaniu do naszych wcześniejszych pobytów w tym kraju (od 1995 roku), to wyraźnie mniej widać na ulicach pijanych. Chyba nawet mniej niż w Polsce. Lokersi tłumaczą nam, że ludzie mają relatywnie coraz mniej pieniędzy. No, ale na papierosy to im starcza. Kobiety i mężczyźni palą jak smoki.

W Złoczowie kotwiczymy się u rodziny znajomego i ruszamy w miasto.

Zamek. W XVII wieku, ojciec Jana III Sobieskiego przekształcił istniejący tu drewniany zamek w nowoczesną kamienną twierdzę . Obiekt ten prawie w całości dotrwał do chwili obecnej. Ale tylko w formie architektonicznej, gdyż biorąc pod uwagę, że:

1. Po okresie użytkowania go przez Sobieskich był bardzo zaniedbywany.
2. Sprzedany został w XIX wieku Austriakom z przeznaczeniem na koszary, a potem więzienie.
3. Był wykorzystywany przez gestapo i NKWD……

to trudno się dziwić, że jeszcze w latach siedemdziesiątych XX wieku wszystkie obiekty były w opłakanym stanie. Wtedy ruszyła odbudowa zamku, w czynie społecznym. Efekty widać w dzisiejszych wnętrzach. Ściany jednej z komnat wykończone ……….. regipsem i inną gładzią tynkową. Koszmar! Jeśli dodam, ŻADEN obraz zawieszony na ścianach nie jest podpisany, a niektóre zostały

Zamek Sobieskich z XVII wieku
fot. Zamek Sobieskich z XVII wieku

zawieszone na wysokości 3 metrów, to mogę tylko zarekomendować – szkoda 10 hrywien na bilet wstępu. Nie wchodząc na wystawę orientalną w tzw. Pałacu Chińskim mamy kolejne 6 hrywien w kieszeni. Bo i co mogą tam pokazać? Kolejne 5 hrywien zaoszczędziłem, nie podziwiając korony Króla Daniłło. Z całego kompleksu warty obejrzenia jest dziedziniec Pałacu Sobieskich i spacer po bastionach. Warto też „rzucić okiem” na uszkodzoną figurę świętej, która stoi przy drodze prowadzącej do zamku. To tu, Jan Sobieski kazał ścinać głowy zbuntowanym chłopom. Potem idziemy w miasto. Niestety XIV wieczny dwór obronny jest w remoncie, a polski kościół katolicki zamknięty.

Ruszamy w kierunku Tarnopola.

Droga ze Złoczowa do Tarnopola jest całkiem dobra, choć nie widzimy przy niej punktów, gdzie można zatankować wodę do kampera. Takowe mijaliśmy do tej pory codziennie. W okolicy Zborowa widzę kierunkowskaz na Pomorzany. Może zaryzykować ? Przewodniki ostrzegają o bardzo złym dojeździe do tej miejscowości, z drugiej strony zachęcają do jej odwiedzenia. Ryzykujemy i to był strzał w 10. Są tam w opłakanym stanie ruiny zamku z pierwszej połowy XVI wieku, ale za to jakie ruiny! Gdy zamek przeszedł w ręce Sobieskich, lubiał w nim przebywać król Jan III. Zamek wielokrotnie odpierał ataki Tatarów i Turków. W czasach późniejszych coraz bardziej podupadał, a jego kres to pożar szkoły rolniczej, która się w nim mieściła w czasach ZSRR. Jednak spacerując wśród tych ruin można sobie wyobrazić okres jego świetności, można poznać szczegóły jego budowy i wyłapać wzrokiem resztki ciekawych elementów architektonicznych. No cóż, taki mam styl. Nie zachwyciło mnie kreteńskie Knosos, nie planuję odwiedzin w nowowybudowanym Zamku Królewskim w Warszawie. Lecz oryginalne ruiny („stare kamiochy” jak mawiał nasz kompan „Chemik”) przemawiają do mojej wyobraźni.

W tych małych, zapomnianych Pomorzanach są jeszcze dwie ciekawostki. Ruiny ratusza i polski kościół z 1738 roku. Niestety do kościoła na mszę przychodzi 10, a w okresie świąt 15 wiernych. Tak mnie poinformował mieszkający w sąsiedztwie Polak, który ma klucze do świątyni.

Już prawie wieczorem docieramy do Tarnopola. Dobrze, że zapytałem młodego człowieka (zaproponował przejście na rozmowę po angielsku), gdzie tu jest zamek Tarnowskich. Przejeżdżaliśmy koło niego dwukrotnie. Sprawia niepozorne wrażenie. Mieści się w nim szkoła sportowa.

 

Tarnopol pałac Tarnowskich i Potockich
fot. Tarnopol – pałac Tarnowskich i Potockich

 

Zapytałem uczniów o jakąś wystawę pamiątek – nie ma takowych. Przeszedłem jeszcze przez majdan Woli, aby zobaczyć XVIII wieczny kościół i klasztor Dominikanów – obecnie kościół greckokatolicki.

Po noclegu na strzeżonym parkingu ruszamy do oddalonego o 20 kilometrów Zbaraża.

Dużo sobie obiecywaliśmy po Zbarażu. W końcu to tutaj miała miejsce bohaterska obrona zamku przed wojskami Bohdana Chmielnickiego w 1649 roku. Motyw ten wykorzystał Henryk Sienkiewicz w „Ogniem i mieczem”. Zamek zbarażski był potem wielokrotnie zdobywany i niszczony. Teraz jest w ciągłej odbudowie. I o ile do zewnętrznego wyglądu zabytku trudno laikowi się „przyczepić”, to to, co zrobiono z wnętrzami ??? Totalna porażka. Załączam tylko jedno zdjęcie, schodów. Na inne fotki szkoda miejsca na serwerze. Ekspozycje w zamkowych komnatach i kazamatach beznadziejne. Bez składu i ładu. Przy większości eksponatów napisy: kopia lub replika. Jedynym pocieszeniem za wydane 15 hrywien na wstęp była wystawa rzeźby Wołodimira Łupijczuka. Kilkadziesiąt fantastycznych scen z historii Ukrainy przedstawionych w drewnie.

 

Zbaraż brama wjazdowa do zamku
fot. Zbaraż – brama wjazdowa do zamku

Potem podziwiamy odrestaurowywany kościół św. Antoniego. Monumentalna budowa, o otwarcie kościoła możemy poprosić w położonym na drugiej stronie ulicy sklepie spożywczym. Sympatyczny dozorca (kustosz i kościelny w jednym) ciekawie opowiedział nam o historii świątyni i klasztoru. Mały datek do skarbonki mile widziany.

Dotychczasowy nasz pobyt na Ukrainie przekonuje nas, że Stephan Bandera i Bohdan Chmielnicki to autentyczni bohaterowie zachodniej części tego kraju. Możemy się na to obrażać lub nie. Ich pomniki, ulice i honorowe obywatelstwa są wszędzie. W Zbarażu dowiedzieliśmy się, że warto pojechać do Wiśniowca, gdzie czeka na turystów odbudowany pałac. Żaden z przewodników jakie posiadamy nic nie mówi na ten temat. My jednak decydujemy się. I dzisiaj przekraczamy umowną granicę z Wołyniem, tę historyczną granicę.

Noc spędzamy pod wiśniowieckim zamkiem. Rano widzimy, że przez bramę wchodzi sporo osób. Okazuje się, że idą do cerkwi, a my jesteśmy perfekcyjnie wyłuskani przez ochronę i jako turyści uiszczamy po 5 hrywien, aby … obejrzeć zamek z zewnątrz.

Z zewnątrz ładny, wybudowany w XVIII stuleciu, potem sprzedany czeskiemu hrabiemu. Bywał tu August Poniatowski i Balzak. To wszystko. Oczywiście nie był bym sobą, gdybym nie pokukał do wnętrza. Znowu mój ulubiony temat – klatka schodowa. Tu już nic nie da się chyba uratować. Czy będzie to tylko kolejna „pusta skorupa”, czyli odnowione elewacje ?

Jedziemy dalej. Krzemieniec czeka.

W Krzemieńcu meldujemy się późnym popołudniem.

 

Krzemieniec ruiny zamku
Krzemieniec dworek Januszewskich
fot. Krzemieniec – ruiny zamku fot. Krzemieniec – dworek Januszewskich

 

Krótki spacer po mieście i już widać, że „po łebkach” go nie potraktujemy. W sumie spędziliśmy w Krzemieńcu prawie 3 dni. Na „pierwszy ogień” poszły stare barokowe polskie kościoły i klasztory: Jezuitów i Franciszkanów. Pierwszy zamknięty. Drugi przebudowany w 1832 roku na cerkiew. Potem zapoznajemy się z historią Liceum Krzemienieckiego. Przyznam się, że do tej pory nie wiedziałem nic o tej wspaniałej placówce dydaktycznej. Uczono tu siedmiu języków obcych, przedmioty ścisłe, humanistyczne, a nawet szermierki i jazdy konnej.

Ciekawe doświadczenie dało nam zwiedzanie miejscowego muzeum historyczno-krajoznawczego (nieczynne we wtorek i środę, wstęp 3 hrywny). Muzeum jest w stanie hibernacji z czasów ZSRR. Same panie pilnujące to stwierdziły, gdyż na zmiany … brak pieniędzy. Mamy więc gablotę poświęconą wielkiemu Krzemieńcowi (?) – generałowi sowieckiej armii Gorlinowskiemu. W sąsiedztwie muzeum, możemy za 2 hrywny zobaczyć wystawę fotograficzną, przygotowaną przez Muzeum Niepodległości w Warszawie, sfinansowaną przez Senat RP z udziałem Fundacji „Pomoc Polakom na Wschodzie”. Tematyka: Przedwojenny Krzemieniec. Jest tam kilkadziesiąt zdjęć. Koniec – kropka. Teraz dodatkowo dodam tym, którzy tego nie wiedzą, że Krzemieniec to rodzinne miasto Juliusza Słowackiego. Warto więc tu przyjechać, aby poznać klimaty miasta naszego wieszcza. Jest więc w Krzemieńcu na cmentarzu Tunickiem grób matki Słowackiego. Zapaliliśmy tam znicz. Odwiedziłem dworek dziadków Juliusza. Dom rodzinny został zburzony. U dziadków mały Słowacki często przebywał. Powstało tam sfinansowane przez Polskę muzeum pamięci. Za 7 hrywien możemy przejść się po pokojach wyposażonych w duchu epoki. Choć jak mi powiedział kustosz, tylko dwa meble są oryginalne, z tamtych czasów. Pozostałe to kopie.

Potem rowerowa wyprawa na Górę Zamkową – wstęp 5 hrywien – gdzie znajduje się pozostałość zamku Wielkiego Księcia Litewskiego, ale przede wszystkim jest tu wspaniały widok na stary Krzemieniec. Na koniec wizyta na kozackim cmentarzu. Aby posilić się na jakieś podsumowanie, to jak na razie Krzemieniec ma w naszym rankingu drugie miejsce, które trzeba odwiedzić. Tuż po Lwowie.

Późnym popołudniem ruszamy w kierunku największego ośrodka kultu maryjnego na Ukrainie. Do Poczajowa.

Ależ zmiana na plus. Kilkanaście kilometrów przed Poczajowem jezdnia zmienia się w klasę lux. Już przed kompleksem cerkiewnym zatrzymuje nas „ochronnik”, kieruje na bezpłatny strzeżony parking, gdzie możemy zanocować, zatankować wodę , Z niczym nie ma problemów. Trzeba tylko pamiętać, aby uszanować zwyczaje tu panujące. Kobiety oczywiście bez mini i z chustką na głowie. Mężczyźni bez krótkich spodni. Moje do połowy łydki, nie budziły sprzeciwu.

 

Poczajów klasztor
fot. Poczajów – klasztor

Poczajów to zespół cerkwi, w którym modlą się zarówno prawosławni (w duuuuuużym uproszczeniu Rosjanie), grekokatolicy (Ukraińcy) jak i katolicy. Modlił się tu również Juliusz Słowacki. Wrażenie estetyczne jest bardzo pozytywne. Zarówno te zewnętrzne, jak i wnętrze rokokowego soboru Zaśnięcia Matki Boskiej. Na terenie kompleksu można przebywać do godziny 22. Wstęp oczywiście bezpłatny. Z ciekawostek dopowiem, że w szybkim tempie trwa tu budowa kolejnej świątyni. I to monumentalnej. Budowę tej cerkwi finansuje …. patriarchat Moskwy (źródło informacji to miejscowy pracownik wyższego szczebla).

Po noclegu i kilkugodzinnym zwiedzaniu Poczajowa ruszamy w głąb Wołynia.

Mając codzienny dostęp do internetu trochę lepiej przygotowujemy się zwiedzania, szukamy rzeczy, których nie oferuje nam przewodnik Pascala. Coś takiego znajduję dla siebie.

Ruiny dubienieckiej fortecy we wsi Tarakanow, 10 kilometrów przed Dubnem. Moim zdaniem jest to zabytek o dużym potencjale turystycznym. Forteca jest w stosunkowo dobrym stanie „fizycznym”. Trzeba jednak bardzo uważać na otwarte luki w podłogach. Uwaga: podziemia mają 4 kondygnacje! Nieuważni eksploratorzy mogą wpaść kilka metrów niżej. Aby nie tworzyć tu przewodnika powiem tylko, że trzeba mieć swoją latarkę i że jest to miejsce istotne i ciekawe na mapie naszych działań obronnych w 1920 roku.

Potem jedziemy do Dubna. Jest tu zamek książąt Ostrogskich. Jednego z najbogatszych rodów Ukrainy. Na terenie zamku stoi również pałac Lubomirskich. Ale podobnie jak już widzieliśmy w innych pałacach wnętrze – z wyjątkiem klatki schodowej, sprawia ponure wrażenie. W Dubnie oglądamy jeszcze Bramę Łucką i ruiny XVI wiecznej synagogi. Wszystkie zabytki są tu położone blisko siebie. W czasie spaceru możemy osobiście sprawdzić czy Dubno słusznie szczyci się mianem najbardziej przyjaznego dla turystów miasta Ukrainy?

Wieczorem jedziemy do poddubienieckiej wioski i zatrzymujemy się za zgodą miłego właściciela gospodarstwa, w miejscu gdzie:
a) słoneczko ładuje akumulator pokładowy
b) antena widzi właściwego satelitę
c) jest właściwy poziom terenu.

Jeszcze tylko wieczorna rozmowa z gospodarzem „o tym i o owym” i idziemy spać. Jutro w planie „królowa wołyńskich wsi” – Dermań.

Droga do wsi Dermań była urokliwa, jesień w pełni, ostatnie już chyba dni pogody, jezdnia po remoncie.

 

Jesienna droga do wioski Dermań
fot. Jesienna droga do wioski Dermania

 

Okoliczne tereny były przed laty mocno skolonizowane przez Czechów. Dookoła zalesione wzgórza Gór Dermańskich. Uczta dla oczu. Pierwsze spotkanie z tubylcami przechodzi “bez bólu”. Pytam kilku mężczyzn pijących piwo przed sklepem, gdzie można postawić kampera? Nie ma problemów. Jeden z mężczyzn prowadzi mnie do swojego niezamieszkałego domu. Niestety nie ma tam dobrego dojazdu. Argument, że wjeżdżają tam ciężarówki – nie trafia do mnie. Pytam jeszcze o możliwość podłączenia prądu. Mówią, że też nie ma problemu. Weźmie się “rozetkę” (cokolwiek to znaczy) i podepnie do słupa. Dziękuję im za pomoc, ale chłopi nie dają za wygraną. Wykonują telefon … no właśnie. Zatrzymajmy się na moment przy telefonii komórkowej na Ukrainie. Nie było nas w tym kraju już kilka lat. Widzimy teraz niesamowite zjawisko komórkomanii. Idąc ulicą widzisz, że prawie wszyscy przechodnie albo sięgają właśnie po telefon, albo rozmawiają lub właśnie skończyli rozmowę. W pierwszych dniach śmieszyło nas to niesamowicie. Będąc jeszcze we Lwowie prowadziliśmy “badania” naukowe i liczyliśmy kierowców rozmawiających w czasie jazdy przez komórkę. Wyszło nam – co piąty pojazd. Skąd się wzięło to zjawisko komórkowe? Z tanich rozmów, a właściwie to z bezpłatnych rozmów telefonicznych, w ramach jednej sieci. Wracam do moich chłopów z Dermania. Po rozmowie telefonicznej z batiuszką (prawosławny ksiądz) informują mnie, że możemy się zatrzymać na terenie XV wiecznego klasztoru św. Trójcy, który jest najważniejszym zabytkiem w tej wsi. To całkiem nowe doświadczenie dla nas. Klasztor żeński patriarchatu moskiewskiego. Dlaczego nie ? Najpierw przymierzamy się do wjazdu pod nadbramną basztą-dzwonnicą. Kampera mamy słusznych rozmiarów, więc tylko po kilkanaście centymetrów było bocznego luzu. Parkujemy na wielkim dziedzińcu wewnętrznym, blisko historycznej, ale ciągle czynnej studni. Podłączamy prąd i… jesteśmy zaproszenie na modlitwę i wspólny posiłek. Ups. Grzecznie odmawiamy. Mamy swoje plany.

 

Dermań wjazd do monastyru
fot. Dermań – wjazd do monastyru

 

Zapoznajemy się z historią klasztoru. To tutaj jako pierwszy w Rosji drukował cyrylicą księgi kościelne drukarz Fedorow.

W malutkim Dermaniu jest jeszcze jedno ciekawe miejsce. Dermańskie gimnazjum założone w 1602 roku. Gdy oglądaliśmy budynki z zewnątrz przyszedł miejscowy nauczyciel historii i zaprosił nas do miejscowego muzeum historycznego. Super sprawa. Przez 2 godziny uczestniczyliśmy w prelekcji. Okazało się, że taka mała miejscowość może mieć tak istotne znaczenie na mapie Ukrainy. Stąd pochodzą znani pisarze, tu istniał starożytny zamek, wcześniej gród

. W sumie pobyt w Dermaniu wydłużył się z planowanego jednego do czterech dni, bo odbyliśmy jeszcze kilka wycieczek rowerowych po okolicy.

Potem jedziemy do wsi Kuniv. Maleńka miejscowość położona poza szlakami turystycznymi Ukrainy. Byłem tam ciekawy ruin starego zamczyska. Najpierw spotkałem polski kościół, odnowiona dzwonnica i … użytkowany tylko w czasie świąt. Potem poznałem, kolejnego już miejscowego nauczyciela historii, który oprowadził mnie po szkolnym muzeum, potem pokazał resztki średniowiecznego zamku i miejsce pochówku “polskiej Mata Hari”. Tak, tak – w tej malutkiej wiosce została pochowana nasza potrójna (!) agentka Lidia Lisowska, która pracowała dla Polaków, Niemców i Rosjan.

Kolejny kierunek to Nowomalin. To najbardziej oddalone od cywilizacji miejsce na Wołyniu jakie odwiedzamy. Kilkanaście kilometrów wybojów po kostce brukowanej. Dobrze, że mamy w kamperze zamontowane zawieszenie pneumatyczne. “Zmiękczam” trochę tylnią oś i jakoś idzie. Nocujemy w ruinach zamku Świdrygiełły z XV wieku. Full romantyzm !!! Następnego dnia idę do miejscowej szkoły. Potem trochę już rutynowo: nauczyciel historii i zwiedzanie szkolnego minimuzeum. Po południu rowerem jadę w kierunku okolicznych opuszczonych już polskich przysiółków. Spotykam tu ludzi z lasu. Dużo by o tym opowiadać.

Pogoda się psuje. Po kilku tygodniach słońca, deszcz. Jesień za pasem. Staramy się zwiększyć trochę tempo swojego zwiedzania. No ale jak ? Skoro co kilka, kilkanaście kilometrów jest coś ciekawego do obkukania? Wracamy więc z Nowomalin tą koszmarną drogą brukowaną. I tutaj mała dygresja. Już w czasie kamperowej podróży przez Gruzję zaplanowałem zmiany w tylnim zawieszeniu. Dociążony w czasie długich wyjazdów samochód, nierówne drogi, dziesięcioletnie użytkowanie pojazdu sprawiały, że kamper coraz częściej uderzał w odbojnice nad tylnim resorem. Najpierw planowałem prostowanie piór resorów i wstawienie pióra dodatkowego. Koszt około 600 zł. Ale po konsultacjach zrezygnowałem z tego pomysłu. Wielką sztuką jest dobrze i mądrze “reanimować” tylne resory, a i tak efekt będzie połowiczny i po roku wszystko wróci do starego, więc za dwukrotnie wyższą cenę zdecydowałem się na zakup zawieszenia pneumatycznego tzw. poduszek, I……. okazało się to strzałem w przysłowiową dziesiątkę. Wprawdzie w czasie wiosennego wyjazdu na Bałkany miałem duży problem z “utrzymaniem powietrza w poduchach”, ale wynikało to z nieudolnego montażu przez złotą rączkę . I dopiero w czasie podróżowania po Ukrainie doceniłem w pełni zalety tego rozwiązania. Lepsze trzymanie drogi, tłumienie nierówności, a kilka razy w czasie ustawiania kampera na nocleg korzystałem z możliwości regulowania wysokości i pochylenia prawo/lewo tyłu pojazdu. Żona też doceniła brak “rewolucji” w szafkach kuchennych, które miały miejsce w czasie naszego wyjazdu na Kaukaz. Z czystym sumieniem mogę więc polecić to rozwiązanie do naszych kilku …, kilkunasto …kilkudziesięcioletnich kamperków. Wracajmy na trasę. Pomału, ale dostojnie dojechaliśmy do Międzyrzecza. W średniowieczu sporego miasta, a obecnie wsi z kilkoma ciekawymi zabytkami. Trzeba tu było nawet zanocować aby wszystko zobaczyć.

Najpierw zwiedzamy najlepiej zachowaną na Wołyniu cerkiew obronną z XV wieku. Cały kompleks jest już prawie odrestaurowany. Dopadł nas tutaj stary brodaty zakonnik . Sam do tej pory nie wiem dlaczego akurat my zostaliśmy wytypowani do nawrócenia na prawosławie? Całe szczęście, że półgodzinną tyradę o grzechu i piekle przeplatał ciekawostkami historycznymi o Troickim klasztorze-twierdzy. Kolejny punkt to wały staroruskiego grodziska. Potem jedyna zachowana w stanie niezmiennym brama wjazdowa do miasta. Na końcu mała perełka architektoniczna. Jedyna taka na Ukrainie. Piec służący do ogrzewania się strażników z murów obronnych i służący również do do gotowania smoły “obronnej”.

Potem jedziemy 3 km dalej – do Ostroga. Jednego z najstarszych grodów Wołynia. Wzmiankowany jest on już w 1100 roku, a jak sama nazwa wskazuje, to tutaj miał swoją siedzibę jeden z najpotężniejszych rodów książęcych Rzeczypospolitej. Wypada tu zwiedzić zamek i muzeum historyczne, dwie baszty i muzeum książki. W muzeum tym zobaczyłem między innymi “Historię Polski” Jana Długosza z 1615 roku. Ale najcenniejszym eksponatem jest egzemplarz “Biblii Ostrogskiej”, wydrukowanej w 1581 roku przez Iwana Fedorowa. Tak, to ten drukarz, którego “spotkaliśmy” już w Dermaniu.

Korzystając z obecności dyrektora muzeum popytałem trochę o tą Biblię. Wydrukowana była w około 1200 egzemplarzach. Do czasów obecnych zachowało się około 300 sztuk, w różnych muzeach i u osób prywatnych. Cena aukcyjna …… około 2 mln EUR. Egzemplarz muzealny ubezpieczony jest na 700 tysięcy EUR. Kilka lat temu anonimowy darczyńca zakupił dla ostrogskiej akademii (szkoła kontynuująca tradycje akademii z XVI wieku) jeden egzemplarz Biblii poza oficjalnym obrotem, za (jak mówią plotki) 300 tysięcy EUR. Hmmmm, ile by było za to kamperów ?

Z Ostroga pojechaliśmy kilkanaście kilometrów do Nitiszina, aby zobaczyć z bliska, no może nie z bliska, ale zza ogrodzenia elektrownię atomową. Dwa bloki pracują, a dwa się budują. Elektrownia i miasto, które koło niej powstało robią wrażenie!

Potem Rowno (Równo, Równe). Przedwojenny przewodnik po Wołyniu opisuje, że żyło tu 10% Polaków i 90% Żydów. Obecnie, co jest ewenementem na mapie naszej podróży, nie ma tu żadnych istotnych zabytków do zwiedzania, poza muzeum krajoznawczym. Muzeum, które zachowało się za starych, dobrych czasów.

Tymczasem robi się coraz bardziej jesiennie. Nocami temperatura spada do 0,3 stopnia! Pamiętajmy, że w naszych popularnych butlach mamy mieszankę gazu propan-butan. Tymczasem przy ujemnych temperaturach BUTAN nie odparowuje i mamy problem. To znaczy nie mamy problemu, bo nie mamy ……… gazu. Zainteresowanych odsyłam do stosownych tematów na naszym forum.

Aby jakoś zabezpieczyć się przed temperaturowymi niespodziankami owijam butlę z gazem.

Padła też komenda, że zaczynamy już przemieszczać się na zachód, ku Polsce. Widać, że na tych szerokościach geograficznych sezon karawaningowy może trwać, góra do końca października.

Po noclegu w Rownie jedziemy do Ołyka. Naszym zdaniem warto zboczyć te kilkanaście kilometrów w bok od trasy Rowne-Łuck. Powiem więcej – tutaj trzeba być!

Zobaczymy (z zewnątrz) wspaniałą siedemnastowieczną kolegiatę.

Ksiądz gdzieś wyjechał i nie wiadomo kiedy wróci, jednak kościelna ma klucze do kościoła, przy czym pani podkreśliła, że ona jest “cerkiewna”, ale ksiądz katolicki prosił ją o pomoc, bo katolików mało. Jest tu też zamek Radziwiłłów – obecnie szpital psychiatryczny. Do zwiedzania z zewnątrz. Nie mniej spacer wśród pacjentów – to doznania bezcenne.

Aha, zapomniałem dodać, że przed Ołykiem spędziliśmy kilka godzin w Klewaniu. Jest tu XV wieczny zamek Czartoryskich i kościół. Zamek zrujnowany za radzieckiej dominacji , kiedyś był to szpital dla alkoholików. Interesujący, choć niedostępny jest kościół farny z 1630 roku, onegdaj grobowiec książąt Czartoryskich.

Wracając do Ołyka. Jest tutaj również prawdopodobnie najstarszy na Wołyniu kościół rzymskokatolicki pw Piotra i Pawła (1450 rok?). Kościół ten nadal katolicki, został w ostatnim czasie “cudownie” odrestaurowany! To znaczy – elewacja została …ocieplona styropianem ! Nie ma tam konserwatora zabytków ? Choć z drugiej strony – sam już nie wiem co myśleć o tym – może to i dobrze ?

I jeszcze jedna ciekawostka. Chodzą sobie po tej Ołyce pijane ludzie (moim zdaniem rzadkość to już na Ukrainie) i mówią, że piją bo pracy nie ma. Tymczasem na słupach wiszą ogłoszenia o poszukiwaniu pracowników.

Bez komentarza.

No i ostatni punkt na naszej wołyńskiej mapie. Pierwsza stolica Wołynia – miasto Łuck.

 

Łuck dziedziniec zamkowy
fot. Łuck – dziedziniec zamkowy

 

Moim skromnym zdaniem dobrze przygotowane na przyjęcie turystów, a będzie chyba jeszcze lepiej. Zamek Lubarta, znany ze zjazdu europejskich monarchów w 1429 roku. Czyżby prekursor UE ? Ciekawym zabytkiem jest katedra pw Piotra i Pawła i podziemia, które mają kilometry długości. Niestety jest już jesień, część muzeów zamkniętych, ludzie uciekają do swoich domów, szybko zapada zmrok. To już chyba kres zwiedzania?

Więc autostradą (Euro 2012?)

 

Autostrada z Kowel (Euro 2012?
fot. Autostrada z Kowel (Euro 2012?)

 

przez Kowel i Lubomir wjeżdżamy na przejście w Dorohusku, gdzie Ukraińcy zadają podchwytliwe pytanie: kontrabanda jest? Strażnik przez minutę ślepi w pieczątkę wjazdową i w końcu pyta – “ A co tak długo robili na Ukrainie”?

Ręce mi opadły.

Krótkie podsumowanie: Na Ukrainę nie ma żadnych zaproszeń. Na granicy nie trzeba już wypełniać żadnych wniosków wizowych. Nie dostajemy żadnych kartek. Policja „zniknęła” z dróg.

Widać sporo zmian na plus.

 

 

Autor: Teresa i Andrzej Walczak (and123)
Opracowanie i korekta: Caravaning World

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Informacja prasowa: Bagażnik Thule VeloCompact 926

Dzięki zastosowaniu mechanizmu samostabilizującego, niewielkim gabarytom całego bagażnika i zwiększonej ładowności…

Używany kamper

Kupuj z ostrożnością nagiego mężczyzny przechodzącego przez płot z drutu kolczastego… Śmieszne? Ten się jednak śmieje, kto śmieje się ostatni…

Informacja prasowa: Thule Trail – nowy koncept dachowego kosza bagażowego

Firma Thule zaprezentowała właśnie nowy kosz bagażowy segment premium: Thule Trail. Nowy kosz nie tylko wygląda znakomicie na aucie…

Stara przyczepa kempingowa genialnie przerobiona na salon fryzjerski

W kilka tygodni, przy użyciu farby, desek i wielkiej ilości kreatywności i zaangażowania powstał naprawdę imponujący salon fryzjerski…

Artykuł z archiwum: Volkswagen LT-35 „Hehn” / Nasz test

Podobno dobre jest tylko stare wino i skrzypce. A kamper rocznik 1985 na podwoziu Volkswagena LT-35 z zabudową firmy Hehn?

REMUS FAMILY

85-862 Bydgoszcz, ul. Bogdana Raczkowskiego 11 (woj. kujawsko-pomorskie)
kom. 509 747 904

j.remus@interia.pl

http://remusfamily.pl/

Serce Węgier – Środkowa Kraina Naddunajska

Najpiękniejszym klejnotem tej korony jest Zakole Dunaju a w nim Esztergom, kolebka państwa węgierskiego i chrześcijaństwa na Węgrzech.

Finlandia – nasz kamperowy pierwszy raz.

Skandynawia zawsze kojarzyła się nam z krainą odległą, bo znajdującą się prawie na czubku Ziemi, gdzie większą część roku jest ciągle ciemno a w lecie nie koniecznie może być gorąco.

Kamperowe Miejscówki w Polsce – FREE lub prawie

Na mapie zaznaczone są sprawdzone miejsca do biwakowania za darmo lub prawie za darmo . Najedź na konkretne miejsce a odnośnik przekieruje Ciebie do spisu z wiadomościami…

Galeria: Finlandia

Mercedes Marco Polo: luksusowy kamper

Podczas targów Caravan Salon w Düsseldorfie Mercedes-Benz zaprezentuje nowe Marco Polo – kompaktowego kampera.

Audi Q3 z kampingowym namiotem

Forma namiotu stworzonego we współpracy z niemiecką firmę Heimplanet przypomina strukturę diamentu i idealnie wpasowuje się w kształt Audi Q3.

10 dowodów na wyjątkowość campingowych wakacji

Istnieje pewna forma podróżowania, która może zaspokoić nawet najbardziej wymagających globtroterów. Jest nią kamperowanie

Samochodem po Europie – Ceny oleju napędowego i benzyny

Warto też przyjrzeć się cenom paliw w poszczególnych krajach. Jeśli po drodze do miejsca wypoczynku będziemy przejeżdżać przez kilka państw…

Samochodem po Europie – Limity alkoholu we krwi

Przekroczenia dopuszczalnego limitu alkoholu we krwi w wielu krajach kończy się karą aresztu lub więzienia…

Facebook

Like this

Share This

Szukaj

Patronat


Apel o otwarcie pieszych przejść granicznych z Ukrainą


Książka o rodzinnej wyprawie camperem: "Kudłacze w podróży. Włochy na trzy collie"


Interaktywna mapa przyszłych wydarzeń w Polsce

camper malopolska
Małopolskim Koralem przez Europę

Reklama

noclegi Szczawnica, pokoje Szczawnica, apartamenty Szczawnica
Bezpłatna baza noclegów

Newsletter