Chorwacja, Czarnogóra i Albania kamperem w rytmie Bałkanicy 2015

Nie mogąc doczekać się upragnionej już przez nas wiosny a co za tym idzie ciepełka, postanawiamy przyspieszyć sobie ten okres i wybieramy się końcem marca kamperem na Bałkany. W końcu mogliśmy się wyrwać szarej i ponurej aurze i przywitać wiosnę w ciepłym klimacie. Kamper jak zwykle szybko spakowany czekał na nas aby prędko zaraz po pracy w piątkowe popołudnie ruszyć z nami w przygodę. A więc w drogę!

Plan był, chcieliśmy przede wszystkim zobaczyć niedocenianą jeszcze przez turystów Albanię. A skoro już tak daleko na południe jedziemy to po drodze warto zatrzymać się choć na chwilę w Chorwacji i oczywiście w Czarnogórze, która dla nas też była nowym doświadczeniem.

Wyjeżdżając z Krakowa chcemy jak najszybciej dotrzeć do Plitwickich Jezior na Chorwacji i tam też jest nasz pierwszy właściwy przystanek. Zatrzymujemy się na parkingu przy wejściu numer jeden. Jako, że jest jeszcze przed sezonem wjazd na parking jest za free więc postanawiamy tam nocować, aby następnego dnia rano wybrać się na wycieczkę po jeziorach. Tu i ówdzie jeszcze widoczne są resztki śniegu, ale to nas zupełnie nie zraża a wręcz jest to nie jako rozrywka dla naszego malucha, który może pożegnać zimę bawiąc się jeszcze w resztkach białego puchu. Uff cieszymy się, ze dotarliśmy tu przed właściwym sezonem, bo nie wyobrażamy sobie tego miejsca w sezonie… tłumy, tłumy ludzi!

Plitwickie Jeziora robią na nas ogromne wrażenie toteż postanawiamy jeszcze zobaczyć podobny krajobraz w Parku Narodowym Krka. Na miejsce, czyli do miejscowości Lozovac, dojeżdżamy popołudniem, mamy jeszcze chwilę czasu aby skorzystać ze słońca. Tu również postanawiamy zostać na noc i rozłożyć się na trawiastym parkingu nie daleko wejścia na teren Parku. W dość bliskiej odległości od nas również nocuje inny kamper. I tu znów cieszymy się, że przyjechaliśmy przed sezonem.

Postój w Lozovac na parkingu przy PN Krk

fot. Postój w Lozovac na parkingu przy PN Krk

Dalsza nasza trasa to pokonywanie kilometrów w dół Chorwacji w stronę Dubrovnika, który postanowiliśmy koniecznie zobaczyć. Mijamy Trogir, gdzie wyskakujemy na krótkie zwiedzanie samego centrum a następnie meldujemy się w Splicie, w którym zatrzymujemy się by pospacerować po Pałacu Dioklecjana. Jadąc magistralą adriatycką wypatrujemy dzikiej plaży, na której moglibyśmy przenocować. Wybrzeże jednak nie jest zbyt łaskawe, ponieważ jest dość strome i owych plaż jest tu jak na lekarstwo. Dopiero parę kilometrów przed Dubrovnikiem wprawne oko kierowcy wypatruje miejsce idealne! Wspaniała plaża z białymi kamyczkami z dobrym dojazdem z głównej drogi a przy tym ledwo co z niej widoczna gości naszego kamperka. I tu w Dubrovniku żegnamy się już z Chorwacją. Wjeżdżamy do Czarnogóry i kierujemy się od razu na Bokę Kotorską.

Pierwsze nasze uczucia towarzyszące nam przy wjeździe do Czarnogóry są dość mieszane. Nie wiemy czego się spodziewać. Czy będzie tu mniej więcej taka sama „Europa” jak w niedalekiej Chorwacji? A może choć widoki będą jeszcze bardziej zachwycały?

Planowaliśmy nocować nad Boką Kotorską, wszakże tyle miało być tam ciekawych miejsc wartych zobaczenia. Jednak okazało się, że nie bardzo gdzie można było się zatrzymać. I to dosłownie. Droga wokół Boki jest wąska i kręta a od wody w niektórych miejscach nic jej nie zabezpiecza. Ciężko minąć się z samochodem z naprzeciwka nie mówiąc już o wyprzedzaniu. Zjazdu nad sama wodę brak a i atrakcje wydają się być ciekawe ale do podziwiania z fotela kierowcy. Także nie jako zmuszeni szybko przemieszczamy się dalej w stronę Budvy, w której znajdujemy super miejsce na nocleg tuż przy samej plaży. Pogoda tego wieczoru dopisuje więc udajemy się na bałkańską kolację do niedalekiej tawerny. Warto tu wspomnieć, że ceny niczym nie różnią się od tych jakie oferują nam polskie lokale.

Jadąc wzdłuż wybrzeża mijamy wyspę Sveti Stefan, którą dogodnie można obfotografować z tarasów widokowych znajdujących się przy drodze aż docieramy do Starego Baru. Tam nasza polskość została zauważona i ludzie pozdrawiają nas a niekiedy zagadują i to całkiem przyzwoitą polszczyzną. Namówieni przez jednego Czarnogórca postanawiamy podjechać jeszcze w rejon Ulcinj, gdzie znajduje się największa wschodnia plaża Adriatyku – Velika Plaza oraz wyspa Ada Bojana.

Brzmi świetnie ale to co zobaczyliśmy ma się nijak do tego jak powinno takie miejsce wyglądać. Plaża o długości do 13 km i szerokości od 60m po prostu straszy swoim wyglądem. Wszędzie masa śmieci rozwiewanych przez wiatr miedzy starymi, rozlatującymi się chatami-barami plażowymi. W piasku pełno szkła i innych dziwnych rzeczy. W pobliskich lasach znajdują się opuszczone lub w części opuszczone kempingi, a na te które działają nie wiem czy ktoś odważyłby się przyjechać. Szkoda bo miejsce samo w sobie jest świetne i przypomina nieco nasze bałtyckie wybrzeże.

Velika plaza w Czarnogórze straszy brudem

fot. Velika plaza w Czarnogórze straszy brudem

I w końcu przybywamy! Podróż przez Albanię zaczynamy od Kruji. Miasto to położone jest na stromym zboczu pasma górskiego. Wjeżdżając tam nie zdawaliśmy sobie sprawy, że możemy napotkać problem związany z parkowaniem i znalezieniem kawałka płaskiego terenu na nocleg. Dojeżdżamy krętą i stromą drogą wiodącą przez miasteczko aż pod sam zamek i co się okazuje? Znajduje się tam jedyny płaski wybetonowany teren, oznaczony znakiem P jako prywatny parking z full wypasem czyli kibelkiem, elektrycznością i wodą za jedyne 5 Euro za dobę za samochód a do tego strzeżony przez dwóch młodych chłopaków. A za dodatkową opłatą umyją ci nawet auto. Długo się nie zastanawiamy i zjeżdżamy tam na nocleg. Ku naszej radości stoi tam już pięć innych kamperów, cztery niemieckie i jeden francuski. Uff nie jesteśmy tam sami. Tu, w Kruji jest to też jedno z bardzo nielicznych miejsc w czasie naszej podróży przez Albanię, gdzie taką turystykę czyli karawaningową spotykamy.

Drugim i ostatnim miejscem, gdzie kampera widzieliśmy jest Półwysep Rodonit. Tam znowu pojawił się prawdziwy kamper off-roadowy na bazie ciężarówki. Też by się takim pojeździło… Półwysep ten według nas do dzikiego kamperowania jest wprost idealny. Cisza, spokój, piękne widoki i plaża. Gdyby nie to, że gonił nas trochę czas na pewno zostalibyśmy tam dłużej niż tylko jedno popołudnie.

Noc spędzamy w równie pięknym miejscu, a mianowicie na terenie Parku Narodowego Pisha Divjakes. Jedziemy kamperem wzdłuż laguny, do końca zabudowań miasteczka Karavastaja, aż wkraczamy na właściwy teren parku i tam jadąc ziemistym wałem znajdujemy sobie bez żadnego problemu małą polankę, na której się „rozbijamy”. Tutaj również dominuje cisza, przerywana tylko przejeżdżającymi na motorkach rybakami, których w tej okolicy jest od groma, a w nocy wyciem wilków?

Już po pierwszych chwilach spędzonych w Albani uznajemy, że kraj ten jest miejscem dość specyficznym. Daleko im jeszcze do nam znanej Europy. Co warto zaznaczyć to stan dróg, które istnieją tylko! przy wybrzeżu, często i tak w opłakanym stanie lub tzw. autostrady, którymi dumnie kraj się cieszy, a wcale takiej drogi szybkiego ruchu w niczym nie przypominają. Wschód Albanii to prawie same góry dla nas zwykłych kierowców jednonapędówek praktycznie niedostępne. Korzystając z mapy należy wybierać drogi tylko czerwone, gdyż żółte potrafią być drogą gruntową jak np. droga z Gjirokasta do Berat. Na drogach nawet tych „autostradach” nie rzadko spotkać można było osła idącego poboczem, lub nagłe ograniczenie prędkości do 20km/h z powodu istniejącej dziury na drodze. Wiele się w Albanii buduje, i to nowych dróg i domówi i kurortów nadmorskich. Jest to kraj bunkrów, widocznych niemal wszędzie oraz starych mercedesów, jeżdżących bardzo licznie po drogach. To również miejsce, gdzie ilość patroli policyjnych i kontroli drogowych przewyższa chyba wszystkie inne państwa Europy. Na szczęście turystów nie zatrzymują. Również bardzo ciekawym dla nas zjawiskiem była ilość stacji benzynowych wzdłuż jednej drogi. Tu naprawdę nie ma chyba kłopotu z pustym bakiem. Trzeba tylko uważać, bo często na stacjach można było płacić tylko gotówką. I wreszcie na końcu, jest to kraj, w którym śmieci są nieodłącznym elementem krajobrazu. Niestety.

Zjeżdżamy wybrzeże Albanii, mijając chaotyczny Fier, Wlorę oraz Zvernec, docierając do Sarande przez Przełęcz Llogara (1027 m n.p.m.) z której mieliśmy podziwiać piękne widoki łączące góry z morzem, lecz niestety gęste chmury uniemożliwiły nam to. Najdalszym naszym przystankiem w Albanii było starożytne miasteczko Butrint, leżące tuz nad granicą grecką. Tam zatrzymujemy się na darmowym parkingu i idziemy zwiedzać ruiny. Ciekawostką jest cennik, który obowiązuje przy zakupie biletów na teren tego miejsca, który całkowicie dyskryminuje obcokrajowców-turystów i karze nam płacić prawie dwa razy tyle co obywatelowi Albanii. No cóż, jakoś zarobić muszą…

W drodze powrotnej ciekawym punktem na naszej trasie do Gjirokastry okazało się być Syri i Kalter. Niebieskie oko to jedno z większych atrakcji przyrodniczych południa Albanii. Źródło Bistricy, głównej rzeki w rejonie Sarandy przypomina okrągłe oko o średnicy 10 m. Jego źrenicą jest podziemna grota o głębokości ponad 50 m. Woda ma w tym miejscu cudowny błękitny odcień a samo źródło bije z prędkością 7,5 m3 na sekundę! Miejsce jest nawet dość dobrze oznakowane, choć droga do niego prowadzi przez niepozorną zaporę hydroelektrowni a następnie jest już drogą gruntową.

Syri i Kalter- źródło rzeki Bistrica w Albanii

fot. Syri i Kalter- źródło rzeki Bistrica w Albanii

Chcemy z Gjirokastry dotrzeć do Berat jadąc żółtą drogą przez wnętrze kraju. Tu jednak robi się niebezpiecznie, bo droga z asfaltu zmienia się na całkiem gruntową, wąską i do tego bardzo dziurawą. Okazuje się, że trasa ta wiedzie szczytami gór i normalnie przez nikogo nie jest uczęszczana. Niestety nie ma nawet jak zawrócić się samochodem i zjechać na główne drogi przy wybrzeżu. Robi się ciemno i po prostu gubimy się w górach nie wiedząc jak z nich bezpiecznie zjechać. Błądząc tak do 23 h w nocy całkiem bezradni i do tego już bez osłony pod silnikiem ( na szczęście tylko tyle!) nocujemy gdzieś w górach i dopiero rankiem następnego dnia dzięki uprzejmości osób z pobliskiego domu zostajemy sprowadzeni do cywilizacji.

Po tych atrakcjach postanawiamy odpuścić sobie Berat i jedziemy w ogromnej ulewie prosto aż nad Jezioro Szkoderskie i wracamy do Czarnogóry. Tam objeżdżamy ten ogromny akwen wodny trasą Vladimir-Ostros-Virpazar. Początkowo trasa wydaje się być nudna, ponieważ jeziora prawie wcale nie widać a przejeżdża się przez stare kamienne wioski a potem czarno-szare góry. Dopiero końcówka robi się ciekawsza gdy wąska i pełna zakrętów droga zbliża się do jeziora i jedzie się praktycznie drogą położoną na półce skalnej a za oknem pasażera widać wielką przepaść. Ciekawe jak tu się jeździ w sezonie?

To samo pytanie zadawaliśmy sobie jadąc do Monastyru Ostrog. Droga z południa w stronę Niksicia wydaje się być łatwiejsza niż, gdyby wjechać do monastyru w kierunku Podgoricy. My przejechaliśmy całą trasę bez większych strachów mimo, że droga również miejscami jest wąska i bardzo kręta a pod nami znajdują się kilkudziesięciometrowe przepaście. Jednak w okresie turystycznym jest to na pewno nie lada wyczyn poruszanie się po takich drogach. Przy dolnym Monasterze jest ogromny parking na którym można zostawić pojazd i iść pieszo w górę do właściwego monasteru. Jednak gdy nie mamy ochoty na długą wędrówkę możemy podjechać tam samochodem. Tu znów wąska i kręta czasem z zakrętami o 180 stopni droga. Jadąc mijamy jeszcze jeden parking pośredni by w końcu móc znaleźć się na najwyższym punkcie a zarazem tuz przy monasterze. Nasz Boxerek spisał się więc zadowoleni wysiadamy na samym szczycie. Z uwagi na remont klasztoru i okres przed sezonem wszystko jest bezpłatne.

Ostatnim naszym celem podróży po Czarnogórze miała być wieś Zabljak, najwyżej położona wieś w byłej Jugosławii ( 1456 m n.p.m.) znajdująca się w Parku Narodowym Durmitor. Będąc tam chcieliśmy również zobaczyć most na rzece Tara, z którego roztacza się piękny widok na kanion Tary. Jednak miejsca te musieliśmy sobie odpuścić, a wszystko przez… śnieg! Ciepła, wiosenna pogoda w okolicach Durmitoru przeistoczyła się w mroźną zimową aurę. Śniegu w tym rejonie napadało tyle, ile u nas w Polsce rzadko spotykamy w czasie zimy i droga do Żabljaka okazała się nieprzejezdna. Miejsce jednak na tyle nam się spodobało, ze na pewno tu jeszcze wrócimy będąc kiedyś w okolicy.

Co gorsza taka zimowa aura towarzyszyła nam przez większą część drogi powrotnej przez Bośnie i Hercegowinę. Zaczęliśmy się już zastanawiać czy w Polsce tez jeszcze zastaniemy zimę. Na szczęście gdy wjechaliśmy na Chorwację, tam znów zapanowała wiosna.

Przejeżdżając 4500 kilometrów w ciągu 11 dni zwiedzić udało się dużo, lecz nie wszystko. Bałkany są takim miejscem gdzie na pewno warto będzie wrócić i odkrywać dalej to co jeszcze przez nas nie odkryte. A więc do zobaczenia!

 

, , , , ,

Podobne wpisy

2 Komentarze. Leave new

  • Ładne komentarze z podróży ale jednego co brakuje to współrzędnych miejsc w których można się zatrzymać na noclegi oraz gdzie nabrać wody.A tak poza tym OK .Podejrzewam że opisuje to ta ładniejsza strona timu.Zwłaszcza to wyprawa do Pekinu mnie zadziwia tyle km w tak krótkim czasie podziwiam.

    Odpowiedz
    • Dziękujemy za miłe słowa 😉 Tak ,zgadza się – opisy to kobieca działka i pewnie dlatego nie zawsze są pełne konkrety ;P Postaramy się mieć to na uwadze i dodawać konkretne współrzędne znalezionej wody czy noclegów na przyszłość. PS. Pekin i cała wyprawa do Chin to było czyste szaleństwo ale na pewno warte powtórzenia!!! A kilometry w takiej euforii prawie same się robiły, choć mąż kierowca był po prostu niezastąpiony;) Pozdrawiamy!

      Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Fill out this field
Fill out this field
Proszę wprowadzić prawidłowy adres email.

Menu