Podobno dobre jest tylko stare wino i skrzypce. A kamper rocznik 1985 na podwoziu Volkswagena LT-35 z zabudową firmy Hehn?

Silnik, przeniesienie napędu i zawieszenie charakteryzują się prostotą budowy, doskonałym dopasowaniem i niesłychaną wytrzymałością. Jednostka napędowa to sześciocylindrowy wolnossący diesel o poj

emności skokowej 2382 ccm i mocy 55 kW, przełykający bez zadyszki praktycznie każde, nawet mocno „chrzczone” paliwo. Osprzęt silnika to pompa paliwa – mechaniczna wtryskowa, płynu chłodzącego, alternator i rozrusznik. Żadnej elektroniki, komputerów, turbosprężarek czy nowoczesnych czujników. W każdych drogowych warunkach i przy użyciu najprostszych narzędzi nawet domorosły majsterklepka jest w stanie poradzić sobie z drobną usterką, którą w nowoczesnych pojazdach musi zająć się za słoną opłatą specjalistyczny warsztat wyposażony w diagnostykę rodem z kosmosu.

Pięciobiegowa, manualna skrzynia biegów połączona wałem kardana z tylnym mostem pracuje cicho i bezawaryjnie. Bezobsługowe łożyskowanie układu przeniesienia napędu, kół i podzespołów napędowych, twarde i stabilne piórowe resorowanie zbudowanego na solidnej ramie Volkswagena, zapewnia kierowcy psychiczny komfort – jakże ważny podczas dalekich samotnych wypraw. Nie ma róży bez kolców, dlatego nie same zalety można tylko wyliczyć. Są też niestety i wady. Do nich zaliczę na pewno moc silnika, która jest zbyt mała, by trzyipółtonowe cielsko poruszało się po górskich drogach bez nieustannego redukowania biegów. Drugą wadą jest, co tu dużo ukrywać, głośna praca przedpotopowego silnika.

Układ kierowniczy i hamulcowy

To dwa podstawowe mechanizmy decydujące wprost o bezpieczeństwie jazdy. Wykonane i zaprojektowane zo

stały wyjątkowo starannie. Potężna przekładnia ślimakowa i duże koło kierownicy powodują, że bez jakiegokolwiek mechanicznego czy elektrycznego wspomagania, kamper prowadzi się jednym palcem. Na pozbawionej możliwości zmiany kąta, lecz odpowiednio pochylonej kierownicy, ręce nie wiszą, jak w przypadku nowoczesnych modeli, lecz wygodnie na niej spoczywają. To ważne, gdy siedzimy bez odpoczynku kilka godzin za kółkiem. Układ hamulcowy to grube solidne tarcze w kołach przednich i ogromne tylne, jak przystało na bliźniacze koła-bębny. Brak tu oczywiście nowoczesnych rozwiązań typu ABS czy innych wynalazków zapewniających większą skuteczność hamowania. Kamper jednak to dostojny i spokojny uczestnik ruchu, więc zwykły, tradycyjny hamulec wystarczy tu moim zdaniem w zupełności. Jedyną wadą jest brak samoczynnej regulacji szczęk hamulcowych, tak popularnej w innych tego typu samochodach. Nieźle trzeba się czasem napocić, by ręcznie ustawić za pomocą mimośrodów odpowiedni luz między okładziną a bębnem, tak by wilk był syty, owca cała i diagnosta zadowolony.

Część kempingowa
Zbudowana jest z drewnianych listew, sklejki i styropianu. Z zewnątrz pokryta jest aluminiową blachą tłoczoną w popularną w ubiegłym wieku tzw. rybią łuskę. Utrzymanie jej w czystości graniczy wręcz z cudem… Mycie, szorowanie czy nabłyszczanie pozwala pocieszyć się lśniącą bielą tylko do pierwszego wyjazdu. Wnętrze – to najprostsze i najtańsze materiały. Nie ma tu żadnych wymyślnych ozdób czy zbędnego, a przecież jakże ciężkiego, dodatkowego wyposażenia. Część kuchenna zabudowana na prawej burcie to jednokomorowy zlewozmywak, dwupalnikowa gazowa kuchenka, typowa lodówka (12/230/gaz) o słusznych kempingowych rozmiarach, wyciąg kuchenny oraz niezliczona ilość szafek i półeczek.

 

Kabina kierowcy i pasażerów.

Kuchnia.

Podkowa – pokój dzienny. 

Łazienka, choć ciasna, umieszczona wraz z szafą na ubrania i piecem gazowym Trumatic 2300 na lewej ścianie, spełnia wszystkie podstawowe wymagania podróżujących. Brodzik (stanowiący jednocześnie podłogę) wyposażony w filtr i pompę, prysznic, umywalkę i miejsce, do którego król zwykł chodzić piechotą, wygodne schowki na kosmetyki oraz zestaw dużych luster na ścianach – to wszystko składa się na standard zapewniający komfort o każdej porze dnia i nocy.

Przestrzeń mieszkalna
Sypialnie i pokój dzienny, to – oprócz łazienki i kuchni – najważniejsze chyba miejsca w kamperze. Można przecież w środku niczego nie pichcić, a łazienkę zastąpić wykafelkowanymi sanitariatami na stacjach benzynowych czy kempingach, ale.. wyspać się trzeba przecież solidnie! Tutaj „podkowa”, czyli zespół siedzisk wokół stolika opuszczanego na noc, zapewnia niezwykle komfortowy byt. Sześć osób, bez zbędnego przepychania i przekładania sztućców z prawej do lewej ręki i odwrotnie, ma tyle miejsca, co w porządnej restauracji. By nie być gołosłownym powiem, że na jednym ze zlotów Camper Clubu Poland gościliśmy w naszym Volkswagenie aż 11 osób, dwie gitary i psa (sic!). Każdy miał gdzie usiąść, a pies na swoim łóżeczku w kabinie kierowcy będącym jednocześnie pokrywą silnika łypał na gości raz lewym, to znów prawym okiem. Na noc, po rozłożeniu oparć, otrzymujemy wspaniałe, wygodne i duże łoże, na którym nie sposób nie zasnąć twardym, zdrowym snem. Biorąc pod uwagę wyścieloną dużym, jednolitym materacem przeznaczonym dla dwóch osób alkowę, doprawdy trudno jest zdecydować, gdzie położyć swe zmęczone kości. Tu i tam śpi się jak w Hiltonie. Same zalety! A czy są wady? Jest jedna: stolik i jego mocowanie podczas jazdy. Tutaj, pomimo wyciętych w obudowie kanap zaczepów na jego nogi, potrafi wypiąć się i „przyjechać” do kabiny kierowcy w najbardziej nieoczekiwanym momencie…

Zbiorniki
Zbiornik na czystą wodę znajduje się pod tylnymi siedzeniami. Jest trochę za mały: 50 litrów wystarczy na dwa, czasem trzy dni. W praktyce, zaraz po uzupełnieniu wody, trzeba rozglądać się za kolejnym źródełkiem. Pod kamperem natomiast zamontowane są trzy takie same zbiorniki na ścieki. W tym przypadku konstruktor spisał się na piątkę. Nad obiegiem wody w kamperze czuwa automatyczna pompa hydroforowa dostarczająca pod znośnym ciśnieniem życiodajny płyn do kuchni i łazienki. Gazowy, dziesięciolitrowy bojler sterowany ręcznym pokrętłem, szybko i ku uciesze kamperowiczów podgrzewa wodę do mycia naczyń i zbawiennej kąpieli.

Kamper z duszą
Ktoś powiedział: „kupuj używany samochód z taką ostrożnością, z jaką nagi mężczyzna przechodzi przez płot z drutu kolczastego…”. Volkswagena LT-35 „Hehn” znalazłem w Polsce dobrych kilka lat temu (Wojtku – dziękuję!) w akcie rozpaczy i desperacji za skradzionym we Włoszech Fordem ADF (historia kradzieży została opisana w numerze 2 (4) 2006 „Polskiego Caravaningu” – red.). Dysponując niewielką gotówką, postanowiłem z premedytacją kupić zajeżdżonego i przeciekającego na wylot „Elteka”. Wóz albo przewóz!



Jeździsz jak wariat. Teraz ja poprowadzę!

Pomyślałem, że lepiej kupić starego grata i wyremontować od podstaw niż utopić kilkadziesiąt tysięcy złotych kredytu w niepewną przejściówkę z Zachodu. Z drobnymi usterkami (większe – jak kapitalny remont silnika – mam już za sobą) i przeciekającym dachem walczę do dzisiaj. Stary samochód „czyści kieszeń i brudzi ręce”, jak mawia moja ciocia, ale za to ma duszę – a tej nie można kupić za żadne pieniądze!

Objedziemy świat
Poczciwy LT-35 „Hehn” pozwolił nam zwiedzić Litwę, Łotwę, Estonię, Słowację, Węgry, Rumunię, Słowenię, Włochy, Austrię, Czechy, Niemcy i – co najważniejsze – wzdłuż i wszerz całą Polskę. Bywał na wielu caravaningowych zlotach, służył często w weekendowych wypadach za miasto, woził drewno do kominka i meble podczas przeprowadzki. Nasłuchał się ode mnie biedaczek wielu przykrych słów i siarczystych przekleństw, gróźb i próśb – z wizją pocięcia palnikiem na kawałki lub odstawieniem na złom. Czarnym dymkiem z rury wydechowej, delikatnym kichnięciem czy lekkim kaszlem w czasie rozruchu, jakby chciał powiedzieć, że jest mimo wszystko wciąż gotowy na nowe caravaningowe wyzwania. Czym dla mnie jest Ukraina czy Hiszpania? Czym podróż dookoła Europy? Zmień mi tylko pasek rozrządu, olej i wszystkie filtry. Dopilnuj, bym nie kaszlał i stękał, a… objedziemy wspólnie cały świat.
Trzymam za słowo.

Autor: Kazimierz Kluska

2 Komentarze. Leave new

Menu